Idąc w ślady mojego właściciela, po raz ostatni ogarnąłem wzrokiem ogromny salon. Meble stały w tych samych miejscach co kilkanaście miesięcy wcześniej. Obrazy wiszące na ścianach, czy nawet mały stolik do kawy - nic się nie zmieniło. Tak jakby czas spędzony z Maxwellem był jedynie przerażającym koszmarem sennym. Dla odgonienia tej myśli przejechałem językiem po rzędach ostrych kłów. Sztucznych kłów. Wciąż mogłem wyczuć chemiczny posmak substancji, z której zrobione były moje nowe zęby.
Westchnąłem cicho, odwracając wzrok od tego, okrytego niewyjaśnionym spokojem miejsca. Po feralnym zdarzeniu Ian postanowił się usamodzielnić, pokazać rodzicom, że mogą mu zaufać i w końcu być z niego dumni. Ci jednak nie pochlebiali pomysłu młodego dorosłego. Przecież świat był tak niebezpieczny... A ja sam tego dowiodłem. Nie podobało im się, że zabiera mnie ze sobą. Choć myślę, że cała trójka świetnie zdawała sobie sprawę z tego, że chłopak bez problemu poradzi sobie z obowiązkami wiążącymi się... No cóż, ze mną.
- Chodź, stary - Ian położył mi dłoń na głowie, po czym pogładził mnie delikatnie za uchem. Zareagowałem krótkim machnięciem ogona. Spojrzałem się na niego błyszczącymi oczami. Tak, przybrałem pozę wiernego towarzysza, chciałem choć trochę dodać mu otuchy. To była ciężka decyzja, szczególnie dla niego. Byłem naprawdę dumny z tego, że postanowił zabrać ze sobą właśnie mnie. Uważałem, że była to poważne potwierdzenie zaufania, którym był w stanie mnie obdarzyć.
Wyszliśmy na świeże powietrze. Wiatr hulał beztrosko po ogromnym ogrodzie państwa O'Shea. Przed nami rozciągał się zielony, wilgotny od rosy trawnik. Wybraliśmy drogę przez wykładaną kamieniami ścieżkę, która faliście prowadziła ku olbrzymiej bramie. Szczekałem radośnie oznajmiając wszem i wobec, że opuszczam to podwórko i wybiegam w świat.
- Jared! Cisza! - zaśmiał się Ian, wychylając nieco głowę znad kartonowego pudła. Zawyłem tryumfalnie wskakując na miejsce pasażera. Serce biło mi jak oszalałe. Chłopak obszedł auto i zasiadł za kierownicą. Zamknął drzwi i nastała głucha cisza. Odetchnął cicho i posłał mi niepewne spojrzenie, w odpowiedzi zaskamlałem ponaglająco. Nie było czasu na zmianę decyzji, nie! Nie teraz!
- Tak, wiem... - uśmiechnął się do mnie lekko. Z pewnym wahaniem przekręcił kluczyk i... Ruszyliśmy.
~*~
Pomijając fakt, że nienawidzę podróży autem, było naprawdę wspaniale! Ian dopiero po pewnym czasie w pełni się rozluźnił i aż do zakończenia podróży śpiewaliśmy przypadkowe piosenki z radia. Mój śpiew wywoływał u chłopaka nagłe wybuchy śmiechu. Raz zatrzymaliśmy się przy budce z żółtym, halucynogennym 'M'. Pachniało tam naprawdę anielsko, a po krótkiej wymianie zdań z prostokątnym pudłem dostaliśmy tajemniczy, brązowawy papier. Ach! Jak on cudownie pachniał, ślina zbierała mi się w kącikach ust, a w brzuchu zaburczało głośno. Ian zareagował na to cichym prychnięciem.
- Proszę - rzucił w moją stronę frytkę! Złapałem ją i połknąłem w całości, zupełnie zapominając o pogryzieniu jej. - J, nie wiedziałem, że byłeś aż tak głody - pokręcił głową z dezaprobatą. W kartonowym pudełeczku podał mi kilka kurczaków. Je również zjadłem ze smakiem.
Oblizałem nos w geście podziękowania.
Na miejscu byliśmy niewiele potem. Ian zatrzymał samochód przed wspaniałym domem, oświetlonym ze wszystkich stron. Na jego widok uśmiechnąłem się nieco. Czyli to był mój nowy dom... Wyskoczyłem z auta odszczekując głośne powitanie.
- Cii! Jared! Oni jeszcze nas nie znają, niech żyją w słodkiej nieświadomości... - mruknął, a twarz wykrzywił mu wyraz zakłopotania. No tak. Naprawdę lubię sobie poszczekać, a chłopak dobrze o tym wiedział. Położyłem uszy po sobie, przyrzekłem sobie w duchu, że będę ciszej.
Miękka trawa pod moimi łapami zamieniła się w kamień. Dochodziliśmy do obszernych drzwi, gdzie stał pęk balonów i napis 'Witamy w domu'. Wymieniliśmy z Ian'em spojrzenia. Wyjął z kieszeni pęk kluczy i otworzył nimi drzwi. Uderzył mnie w pysk zapach nowości. Wszędzie, jak okiem sięgnąć rozciągała się biała posadzka, a z podłogi wyrastały śnieżne ściany. Było tu pusto, dom czekał aż go ktoś w końcu umebluje. Ruszyłem przed siebie zwiedzając opustoszałe miejsce.
- I co, psie? Co o tym myślisz? - usłyszałem gdzieś za sobą. Zawyłem w odpowiedzi.
Dom na dole miał tylko salon, kuchnie i jadalnie. Piętro wyżej znajdował się ogrom pokoi, które w przyszłości miały stać się nasze. Odnalazłem przeszklone drzwi prowadzące wprost do ogrodu. W ogrodzie znajdował się spory basen. Miałem właśnie do niego wskoczyć, kiedy za płotem coś się poruszyło. Instynkt nakazał mi cofnąć się o parę kroków, zgarbić nieco i unieść wargi.
- Spokojnie! - szepnął nieproszony gość. Nadstawiłem uszu, robiąc niepewny krok w stronę ogrodzenia.
- Ty jesteś ten nowy, tak? - zaśmiała się serdecznie.
- Ten nowy? - zmarszczyłem brwi, choć byłem pewien, że suczka (wywnioskowałem to po głosie) nie jest w stanie mnie dojrzeć.
- Tak, od kilku dni krążą pogłoski, że ktoś ma się tu wprowadzić. A raczej już się wprowadził. Jestem Renesmee - przedstawiła się.
- Jared, miło poznać - uśmiechnąłem się delikatnie, aczkolwiek i tego gestu suczka nie zauważyła.
(Renesmee? :3)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz