Zadowolony ruszyłem w swoją stronę. Ściśle rzecz ujmując - prawie w moją stronę. Musiałem po drodze załatwić jeszcze jedną sprawę. Kończyło się żarcie dla psów i musiałem coś z tym zrobić. Miałem umowę z pewnym stadkiem kawek, że ja karmie je, one karmią mnie. To znaczy ja załatwiałem im chleb co było dla mnie banałem, a one podkradają dla mnie karmę. Ofiarami byli ludzie z otwartymi oknami. Przez nie ptaki dostawały się do środka, a potem wspólnymi siłami wyciągały jedzenie. Zdarzały się też przypadki, że jeśli owy człowiek miał gadającego ptaka to dało się z nim porozumieć i stawał się stałym dostawcą, ale to rzadko spotykane raczej.
- Gotowy? - spytał Kain, przywódca stada. Skinąłem łbem. - To wkraczamy. Ledwo powstrzymałem się od wywijania moimi paczadłami. Ptak uważał się za tajnego agenta, czy coś podobnego. Na szczęście szybko załatwiliśmy sprawę i nie musiałem słuchać jego krakania. ~~ Następnego dnia ~~ Obudziłem się i zauważyłem, że przybył nowy człowiek. Młody człowiek. Wydawała się jakiś dziwny i w miarę normalny, ale postanowiłem go zignorować. Przynajmniej na razie. Teraz miałem inną robotę. Pobiegłem w wyznaczone miejsce. < Yoshi? Pisze na szybko ._. > |
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz