Kolejna śnieżka pękła na mojej głowie, rozsypując się na miliony skrzących kawałeczków. Byłam już cała w śniegu, lecz maluchy nie miały zamiaru ustępować.
Z samego rana wybrałam się bowiem na spacer. Jakimś cudem zawędrowałam na plac zabaw nieopodal przedszkola i teraz szkraby bawiły się ze mną, ale bardziej pasowało by wyrażenie „mną”. Ciągnęły mnie bowiem za uszy, ogon, przytulały się do mnie i wybierały na przejażdżki siedząc na moim grzbiecie. Ja jednak na wszystko im pozwalałam.
W końcu moje nerwy nie wytrzymały i szczeknęłam ostrzegawczo. Jeden maluch upadł i rozpłakał się ze strachu. Westchnęłam więc i niechętnie podeszłam do niego i trąciłam go nosem w policzek. Twarz chłopczyka gwałtownie się rozpromieniła i delikatnie przytulił się do mojej nogi. Uczepił się jej jednak bardzo mocno i nie mogłam nigdzie się ruszyć. Ale skoro nikt nie mnie teraz nie zaczepiał i dręczył, to mogłam tak siedzieć całą wieczność.
Gdy zaczęło się już na dobre ściemniać, uznałam, że czas powrócić do mojego stałego miejsca odpoczynku – starego, opuszczonego domu na obrzeżach miasta. Podobno miał on zostać wyburzony już dwa lata temu, ale jego poprzedni właściciele buntowali się, że jest to zabytkowy dom po ich prapradziadkach. Tak więc stoi sobie przez nikogo nie zamieszkany (jeżeli chodzi o ludzi) i jak na razie nikt się nim nie interesuje.
Zaraz po tym gdy upiorna budowla wychyliła się zza rogu, ujrzałam siedzącego przed płotem collie. Uważnie wpatrywał się w wiekowe już miejsce zamieszkania wielu zwierząt, a w tym mnie. Podeszłam więc do niego i nic nie mówiąc usiadłam obok.
<Axel?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz