środa, 19 lutego 2014

Od Lawliet

Wszechpanujący gwar oraz radość przelewały się ulicami tego ogromnego miasta. Po chodnikach maszerowali uśmiechnięci od ucha do ucha ludzie, zmęczeni i zestresowani pracownicy poobwieszani teczkami pełnymi papierów oraz akt, a także wystrojone i przygniecione toną tworów nazwanych „kosmetykami” paniusie. Mniej więcej połowa nieznajomych ciągnęła za sobą swoich czworonożnych przyjaciół. Ogromne dogi, małe yorki i szpice, a czasami najzwyklejsze owczarki wszelakiego pokroju.
Ja, bezdomny i skazany ponoć na cierpienie pies, szłam ciemnymi i krętymi uliczkami między rzędami ogromnych biurowców. Mój świetny nos dawno już wykrył zapach jedzenia, to też podążałam tym tropem. Zgodnie z moimi oczekiwaniami mniej więcej kwadrans potem, natrafiłam na szykowną i niezwykle drogą restaurację. To w nich jadali „nadziani” mieszkańcy Beverly Hills.
Pacnęłam łapą o klamkę, a tylne drzwi gładko i bez zbędnego skrzypienia otworzyły się. Wślizgnęłam się do środka i przysiadłam w kącie, bacznie obserwując ubranych w białe fartuchy ludzi. Ci nosili coś na tackach, kroili, szatkowali, gotowali, przyprawiali i można by wymieniać jeszcze dużo wykonywanych przez nich czynności. Nagle jakiś gruby, brodaty mężczyzna w garniturze wszedł ciężko do kuchni (gdyż tak ów pomieszczenie się zapewne nazywało) i z rozmachem trzasnął swoją laską jakiegoś młodego chłopaka. Ten upuścił talerz, na którym znajdowały się smakowicie wyglądające polędwiczki. Zaraz po tym jak białe szkło rozsypało się po ziemi, ja ostrożnie przemknęłam, capnęłam jedzenie oraz nie nadziewając się na żadne ostre rzeczy, uciekłam.
Ranek nie był specjalnie ruchliwą porą dnia. Prawdziwe korki zaczynały się dopiero po południu, gdy wszyscy wracali z pracy. Można wtedy było się trochę zabawić i poskakać po samochodach. Zazwyczaj udawało mi się uciec, nim na miejsce zdarzenia przyjeżdżali hycle, to też uznałam, że i dzisiaj zafunduję sobie takowy ubaw.
Od czasu mojego wybryku w restauracji minęły już dwie godziny. Powolnymi krokami zbliżało się południe, a ja z trudem przeciskałam się przez zaspy. W tym roku śniegu było wyjątkowo dużo, ale jako, że do tego miejsca trafiłam całkiem niedawno, nie mogłam powiedzieć jakie zimy były tu poprzednimi laty.
Przycupnęłam obok zamarzłej fontanny i ułożyłam łeb na moich łapach. Westchnęłam cicho i postanowiłam chwilę tu odpocząć, nim znów trzeba będzie zmienić miejsce swojego obecnego pobytu.
Zbudziłam się gwałtownie, gdy niebo przeszył strzał. Prawdziwy strzał z prawdziwej broni palnej, używanej przez policję. Kilku mundurowych goniło jakiegoś zakapturzonego faceta, to też postanowiłam przyłączyć się do pościgu i zaoferować ewentualną pomoc. Poderwałam się z miejsca i jak strzała ruszyłam ku podejrzanemu. Może nie byłam ferrari, ale zawsze jako pies byłam o te kilka kilometrów na godzinę szybsza od ludzi. Dopadłam więc gościa i wgryzłam się w jego łydkę. Ten jęknął i upadł, łapiąc się za ranę, z której obficie leciała teraz krew. Policjanci skuli go w kajdanki, wsadzili do wozu, a ja z tego wszystkiego zyskałam aromatyzowaną kość z pobliskiego sklepu zoologicznego. Pogłaskali mnie i odjechali. Nawet nie zwrócili uwagi, że jestem bezpańska. Może to przez tą obrożę...
Zamachałam ogonem, lecz poczułam jak dwukrotnie uderza on o coś z pewnością żywego. Odwróciłam się i ujrzałam przed sobą psa. Zmieszałam się i niezbyt wiedziałam co odpowiedzieć, więc wydusiłam z siebie jedynie krótkie „Przepraszam”.

<Kto ma ochotę dokończyć? :3>

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz