sobota, 15 marca 2014

Od Lawliet C.D. Angel

Fontanny były jedynymi miejskimi wytworami, gdzie można było, moim zdaniem, napić się czystej wody. Wybierałam jednak zawsze te, które nie było często lub wcale odwiedzane przez dzieci.
Po zaspokojeniu pragnienia trzeba było znaleźć jakieś w miarę ciekawe zajęcie. Nie było to jednak łatwe, gdyż mnie oraz moją towarzyszkę zewsząd napastowały podejrzliwe spojrzenia przechodniów.
Nagle jakiś umięśniony facet chwycił mnie mocno za obrożę, uniemożliwiając ruchy głową. Angel, która jej nie posiadała, prędko uciekła i skryła się za drzewem. Ja mimo szarpania, szczekania, warczenia i tłuczenia obcego łapami, nie wyswobodziłam się. Widziałam, jak chyba żona tego mięśniaka wyjęła komórkę i zadzwoniła do kogoś o imieniu Garry.
Kwadrans później pod park podjechała ciemnozielona furgonetka z białym logo na boku, przedstawiającym wesołego psa na rękach faceta ubranego w również ciemnozielony frak, albo coś podobnego do fraka. Z furgonetki wysiadł niewysoki, tęgawy mężczyzna, a w ręce dzierżył jakiś kij zakończony pętlą wykonaną z niezbyt grubej linki.
- Witaj Garry - powitała go kobieta. - Widzisz tego kundla? Pałętał się tu, a przecież może mieć wściekliznę i być bardzo niebezpieczny. George przekaż tego pchlarza panu hyclowi i zbierajmy się odebrać Millicent ze szkoły.
Teraz był decydujący moment. Gdy ten cały George kładł mnie na ziemi, przycisnął nieco do chodnika tak, że musiałam się wręcz położyć. Kiedy jednak hycel próbował założył mi pętlę, ja tak kręciłam głową, że nie mógł sobie poradzić. Wtedy mięśniak chciał przenieść chwyt na mój pysk, lecz ja korzystając z okazji wyrwałam się i przewracając po drodze jego żonę, pobiegłam do Angel. Potem razem z suczką uciekłyśmy z parku.
- To miałyśmy przygodę - zaśmiała się collie.
Westchnęłam.
- Tyle tylko, że tobie udało się uciec, a ja musiałam się męczyć z tym George’m - odparłam z nutą oburzenia w głosie. - Chodźmy już do jakiegoś domu czy coś. Znam całkiem fajne miejsce.

<Angel?>

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz