Położyłam się na podłodze obok krzeseł ustawionych w rzędzie, na których siedzieli ludzie zniecierpliwieni wyczekiwaniem na ich kolej. Najwidoczniej dziś weterynarze dwoili się i troili by przyjąć każdego z czworonożnych pacjentów (zdecydowanie przeważała liczba psów i kotów). Przymknęłam na chwilę oczy zdając się na własny nos. Tyle zapachów wypełniało pomieszczenie, ale kilka z nich wydawały mi się znajome. Po kilu sekundach otworzyłam oczy. Gold z kwaśną miną powarkiwał co jakiś czas na przechodzących ludzi z kotami w ramionach. Nagle moją uwagę przykuł hawańczyk. Okazało się, że był to Rory. Z pewnością przyszedł z Patrickiem na kontrolę. Gold z pogardą spojrzał na drzwi, które otworzyły się, wyszedł z nich border collie, a za nim wysoki, uśmiechnięty mężczyzna.
-To nie takie straszne - mruknęłam by pocieszyć Gold'a, leczy chyba marnie mi to wyszło.
<Gold?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz